08.11.2015

Guguły

"Wybiegłam na podwórko. Słońce, białe i cętkowane
jak gęsie jajo, piekło mnie w policzki. Plujki krążyły 
nad korytem wypełnionym sfermentowanym owsem. 
Weszłam do klatki królików i zasnęłam na świeżym sianie.
Śniły mi się bordowe dmuchawce."

Guguły, niedojrzałe owoce maliny, od których boli brzuch. Guguły Grzegorzewskiej to czułość, wiejskość, odrobina wspomnień. Ładnych, choć częściej kwaśnych, cierpkich i trochę drapiących, ale w rezultacie przynoszących pewne ukojenie. Bo może się okazać, że my to wszystko bardzo dobrze znamy — jak pisze Andrzej Muszyński na okładce: "Ukradła to. Te guguły, czubajki, dziady, beboki..." Z naszego dzieciństwa, z dzieciństwa naszych rodziców. Z wiejskich domów, sieni, ganków i z zagajników. Uplotła z nich kruche opowieści, które aż rozsypują się w dłoniach, jakby czegoś im brakowało. Może brakuje im jakiejś iskry, dodatkowego smaku, spoiwa, którego w tych czasach już nie można znaleźć. A może są one jak te guguły — niedojrzałe. Albo jak źle wyrobione ciasto drożdżowe, które pachnie tak samo, jak to dobrze wyrośnięte, choć już tak nie smakuje.

Krótkie formy Wioletty Grzegorzewskiej miały chyba naśladować zapach takiego dobrze wyrobionego ciasta drożdżowego. Miały przywołać te ciepłe i te trochę mniej ciepłe wspomnienia z czasów PRL-u. I nawet to robią. Dużo tu symboli, znanych przedmiotów, charakterystycznych wydarzeń, a jednak poza zgrabnymi opowieściami nasyconymi tymi wszystkimi detalami, nie ma nic więcej. A przynajmniej ja tu niczego więcej dla siebie nie znajduję. Niemal po każdym przeczytanym rozdziale w mojej głowie pojawiała się prosta myśl: "no i?". Jest trochę nudno i trochę banalnie. My to wszystko obserwujemy oczami dziewczynki mieszkającej we wsi Hektary. Patrzymy jak mała zjada wapno ze ściany z tęsknoty za zagubionym kotem, jak czeka ze wszystkimi na wizytę papieża, chowa się w sieni, zbiera etykiety i leżąc na wersalce odwrócona twarzą do słomianki, powtarza słowa Litanii loretańskiej. Pewnie można wciągnąć się w ten prosty rytm tych opowiastek. Dla mnie były za proste, za naiwne, choć dość ładnie i zgrabnie napisane. Poza tym lubię te wszystkie cymbałki, dmuchawce, zapachy jaśminu, smolinoski, gruchanie cukrówek, a nawet wiejskie pająki. Tymi drobiazgami Grzegorzewska może skraść czytelnicze serca.

Wg mojej skali 3,5/5

Guguły
Wioletta





Wcześniej na blogu:

      https://2.bp.blogspot.com/-2HBII7pcRaY/WgGBRSdUqHI/AAAAAAAAOZs/Gn5WyXti-hUZR3u-DHVhFikLdjVk2E56gCLcBGAs/s200/540343-352x500.jpg  

A w odwiedziny chodzę do:

Wyzwanie czytelnicze 2017

Obsługiwane przez usługę Blogger.