09.06.2015

Święto nieistotności

"Krzyk dochodzący z drugiego brzegu. Ktoś ją zobaczył. 
Kobieta pojmuje, że śmierć nie będzie łatwa i że największym 
wrogiem nie będzie jej niekontrolowany odruch dobrej pływaczki, 
lecz ktoś, kogo nie brała pod uwagę. Będzie musiała podjąć walkę. 
Walkę o uratowanie swojej śmierci."

Minęły wieki odkąd czytałam Kunderę, więc otwierając Święto nieistotności miałam wrażenie, że to nie jego. I może słusznie, bo ponoć późny Kundera to inny Kundera, a Święto nieistotności to jego dzieło najnowsze. Zalatujące pretensjonalnym paryskim tonem (co lubię), z licznymi przerysowaniami (w nijakim stylu). Coś, co mogło być kunderową prostotą, okazało się zwyczajną płycizną. I tylko jedna myśl huczała mi w głowie: po co ta książka? I szukałam w dialogach jakiegoś przełomu, szczeliny, do której wcisnę choćby własną nadinterpretację, albo jakieś wyobrażenie tego, co mogło się tu w środku zdarzyć. Łut nieistotności. I gdyby to jeszcze była nieistotność twórcza, jeśli już o nieistotności i pustce chciał pisać Kundera. Tymczasem wszystko tutaj nie posiada wyrazu; jest mdłe, nudne, bezcelowe i bezowocne. Pożądany absurd, o ile ma wymiar absurdu, wydaje się zbędny i tandetny. Ten zapowiadany humor – humor, którym tak szczyci się czeska literatura (lub czeska naśladująca tonem francuską), tutaj jest niedostrzegalny. O tym oczywistym dla Kundery humorze trąbią teksty pochwalne z okładki, o humorze mówią nawet sami bohaterowie (bohaterowie, którzy nie zdążyli nabrać właściwości, zanim skończyła się ta książka), a ja siedzę zasępiona i znudzona, bo nawet jeśli nie śmieszy mnie czeski dowcip i nie unosi lekki, zabawny ton, to jednak coś powinno się tam w środku ruszać. I poruszyło. Raz. Bynajmniej nie za sprawą tonu i dowcipu. W jednym, jedynym momencie. Trochę wymuszonym, ale przecież warto z każdej lektury zabrać coś dla siebie. A potem powtarzam sobie, że Kundera to pan po 80-tce. Trzeba przymknąć oko, nabrać literackiej pokory i pozwolić Kunderze na tę uroczą banalność. 

Pozwolić na Paryż, Ogrody Luksemburskie i wystawę Chagalla, na którą tak pragnie wybrać się Ramon. Zostawić D'Ardelo z tym jego śmiechem z nieistniejącego raka, dać Charles'owi tropić anioły, a Alainowi myśleć o kobiecych pępkach. Słuchać ich krótkich trywialnych rozmów prowadzonych w oparach paryskiej rzeczywistości i rejestrować tę całą istotową rezygnację, mniej lub bardziej skrywany żal i równoczesną walkę o zachowanie w tym wszystkim choć odrobiny dobrego humoru. Był jednak taki moment. Epizod. Chwila, która delikatnie wybiła się z potoku wcześniejszej schematyczności. Kobieta, która próbowała się utopić, ale zamiast siebie, utopiła chłopaka, który chciał ją ratować. "Ten, kto chciał ją zmusić do życia, sam się utopił". Matka, która dotyka pępka swojego syna. Mężczyzna, który spada z krzesła z butelką armaniaku. Przebłyski, którym nadałabym wartość, gdyby Kundera napisał odrobinę lepszą książkę.

Gryzie mnie ten urwany potencjał. Bo za każdym razem, gdy już wstrzymywałam oddech, nie działo się nic, co by mogło jeszcze mnie zaskoczyć. Jakiś metaforyczny zwrot, jakiś detal przyciągający uwagę, koniec chodnika, słup, dziura w żywopłocie, przez którą można oglądać obrazy Chagalla. W rezultacie Ramon nie obejrzał wystawy Chagalla, a ja nie odnalazłam w Święcie nieistotności dodatkowych głębi. Żadnego prześwitu. Im dłużej jednak o tej książce myślę, tym więcej we mnie sympatii do tego minidziełka. Dlatego nie przekonuję nikogo, że przy nowej książce Kundery nie warto się zatrzymać – wręcz przeciwnie. Czytajcie. Porozmawiamy.

Wg mojej skali 3/5

Święto nieistotności
Milan Kundera
Wydawnictwo W.A.B.
Rok wyd. 2015
s. 128



Książka przeczytana w ramach wyzwań:
104 KSIĄŻKI
(35)

Wcześniej na blogu:

      https://1.bp.blogspot.com/-LlOHrlscguE/Wb-E8wubcJI/AAAAAAAAOG8/0Oemzhaa55IqFh-zwo57FjOpimEydhs7ACLcBGAs/s200/img007.jpg  

A w odwiedziny chodzę do:

Wyzwanie czytelnicze 2017

Obsługiwane przez usługę Blogger.