27.09.2014

Wyspa doktora Moreau

"Równie dobrze mógłbym się zajmować
przerabianiem owiec na lamy albo lam na owce. 
Sądzę iż ludzka postać znacznie silniej przemawia
do naszej wyobraźni artystycznej niż jakiekolwiek
kształty zwierzęce."

Przywołajmy na moment koniec wieku XIX. Wieku pary i elektryczności, wieku postępu, w którym to nawet przyroda zostaje podporządkowana technice. Moment sprzyjający wszelkim eksperymentom. W takim bowiem czasie tworzył znakomity pisarz nowego gatunku science-fiction - H. G. Wells. Wyobraźmy sobie w tych czasach jakąś odległą wyspę, na której szalony naukowiec ingeruje w odwieczne prawa natury i stwarza ohydne monstra. Wierząc w siłę wiedzy i postępu, zatraca wszelkie zasady etyczne, a przy tym  igra z tak ważką materią jaką jest człowieczeństwo. Wyspa doktora Moreau była bodaj trzy razy ekranizowana, a jej wersja z 1996 roku jest chyba najlepiej rozpoznawalna. Pamiętam ją jak przez mgłę. Pamiętam dziwnego doktora Moreau o białej twarzy (gra Marlon Brando) i Vala Kilmera w roli Mongomery'ego. Pamiętam wynaturzone stwory przypominające małpy. Równie zabawne, jak i przerażające. Nie miałam pojęcia, że film jest ekranizacją tak doskonałej książki. Do tego klasyki! Jeśli tylko macie szansę, nie oglądajcie filmu. Książka działa na wyobraźnię wystarczająco silnie, a jest ryzyko, że film Was jakoś szczególnie nie zachwyci i nabawicie się tylko urazu.

"Pierwszego lutego 1887 roku parowiec pasażerski Królowa próżności zatonął na skutek zderzenia z wrakiem na 1° szerokości geograficznej południowej i 107° długości geograficznej zachodniej...". Nie wiem jak Wy, ale ja takie wstępy uwielbiam. Już sobie wyobraziłam wielki parowiec wchłaniany przez bezlitosne oceaniczne fale, w tle szalupę ratunkową z kilkorgiem rozbitków i majaczącą się w oddali tajemniczą wyspę. Wydarzenia, jakie nastąpiły po zatonięciu statku, opisał Edward Prendick, jedyny ocalały. Udało mu się dostać na szkuner Ipecacuanha, a życie uratował mu jegomość o nazwisku Montgomery. Dzięki niemu, choć nie bez drobnych kłopotów, Prendick trafia na wyspę, na której spędzi pewien okres czasu, a która okaże się dla niego przekleństwem. Już od samego początku wydaje mu się, że z tą wyspą jest coś nie tak. Wprawdzie zamieszkują ją ludzie, ale są jacyś tacy... pokraczni, nie tyle niegrzeszący urodą, co wręcz szkaradni i zdeformowani. Trochę jakby zwierzęcy. Prendick poznaje niebawem doktora Moreau, słynnego niegdyś biologa, i szybko orientuje, czym aktualnie zajmuje się doktor oraz kim są odstraszający mieszkańcy wyspy.

Doświadczenia na zwierzętach, jakim oddaje się Moreau, tak dalece ingerują w naturę, że nie tylko wzbudzają niechęć i sprzeciw, lecz dotykają o wiele głębszych warstw. Wells posłużył się okrucieństwem skrytym pod płaszczem nauki, aby ukazać nam prawdę o mrokach ludzkiej natury, o konsekwencjach naginania teorii ewolucji oraz sensowności prowadzenia eksperymentów, które godzą w naszą istotę. W dzisiejszych czasach pomysł uczłowieczania zwierząt nie wydaje się niczym odkrywczym. Pamiętajmy jednak w jakich latach tworzył Wells. Przy tym Wyspę doktora Moreau czyta się wyśmienicie. Niesamowity klimat, bardzo realne opisy, znaczące dialogi. Obowiązkowa lektura nie tylko dla fanów klasyki science-fiction.

Wg mojej skali 5/5

Wyspa doktora Moreau
Herbert George Wells
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Rok wyd. 1997
s. 176


 
Książka przeczytana w ramach wyzwań:
CZYTAM FANTASTYKĘ
52 KSIĄŻKI (49)
   

Wcześniej na blogu:

        https://2.bp.blogspot.com/-jolGJEdPCd4/WQBM8AIB3tI/AAAAAAAAN9M/z_jUEEs8J10RE1G6-7c5c_9xipXEhp-1QCLcB/s1600/513626-352x500.jpg

A w odwiedziny chodzę do:

Wyzwanie czytelnicze 2017

Obsługiwane przez usługę Blogger.