07.07.2016

Kuba. Syndrom wyspy

"Chodziła mi niekiedy po głowie myśl,
że może, przy odrobinie szczęścia, będę tym, 
który nada jednozdaniową wiadomość:
reżim Fidela Castro upadł."

A na razie dźwięk upadającej kostki domina, w które lubią grać Kubańczycy. Skrzeczący telewizor nadający brazylijskie i kolumbijskie telenowele. Wojskowi sunący na enerdowskich motocyklach. Kuba. Egzotyczna, głośna, roztańczona i pulsująca kolorami. Spętana. Zakrywająca ramiona. Ukrywająca pocałunki. I o takiej Kubie pisze Krzysztof Jacek Hinz, dziennikarz, dyplomata i kilkuletni korespondent PAP na Kubie i w Meksyku. Swoją reporterską opowieść zaczyna od lat 70-tych, gdy wyjechał do Kuby jeszcze jako student. A potem wracał, wracał, wracał. Jakby dręczył go syndrom wyspy. Być może to Hawana nęciła go swoją dogasającą świetnością, albo urok miejsc, w których czas się zatrzymał, gdzie "nikt nie zaprzątał sobie głowy nadzieją". Ale chyba był to raczej ten nerw wydarzeń, bycia w centrum szalejącego i walącego się totalitaryzmu, centrum wielkich zmian. Kuba. Syndrom wyspy zaczyna się od komunikatu, w którym autor dowiaduje się, że jest jednym z oskarżonych o działanie przeciwko rewolucji. Fidel Castro towarzyszy mu krok w krok jak towarzyszy każdemu mieszkańcowi wyspy, a atmosfera niepokoju i przedsmak przemian utrzymują się przez całą lekturę książki.

Krzysztof Jacek Hinz skrótowo, ale z dużym polotem wspomina najpierw lata 19771988, kiedy to powstaje "cukrowy plan Fidela" (ogromne zbiory trzciny cukrowej) zakończony fiaskiem, wyspa popada w gospodarczą ruinę, następuje sowietyzacja władzy i kwitnie propaganda. Stan mobilizacji wojennej, walka z hazardem i prostytucją, mafia, dla której Kuba była niczym eldorado. Kubańczykom zabroniono chodzić w skąpych strojach, słuchać muzyki artystów należących do kubańskiej emigracji, tępiono homoseksualizm. Wprowadzono "czystość rewolucyjną", która odmawiała mieszkańcom zadawania się z obcokrajowcami. Aż w końcu słynna emigracja z 1980 roku, podczas której opuściło Kubę wielu przestępców i pacjentów szpitali psychiatrycznych. W kolejnych latach (1991—1997), o jakich pisze Hinz, wygasał blask mocarstwowości Kuby. Wszystkiego brakowało, wprowadzono reglamentację. Na świecie upadały dyktatury partii komunistycznych, a porażka Castro była nieunikniona. I na to czekał autor Kuby. Chciał być na miejscu, bo to musiał być niesamowity czas. Nie do powtórzenia. Nic dziwnego, że odesłany do Meksyku (gdzie wżenił się w prawdziwą meksykańską rodzinę), kombinował, jak ponownie znaleźć się na Kubie. A potem (w latach 19982001) trafił tam w charakterze dyplomaty! Nie był to jednak dla niego łatwy okres. 

W ogóle Kuba nie była łatwa, nie była oczywista. Łamanie praw człowieka, ograniczenia, prześladowania. Hinz nie doczekał swojego wielkiego momentu "odejścia Fidela". Fidel wycofał się po swojemu. Nigdy nie przeprosił za los, jaki zgotował Kubańczykom. Książka Hinza to bardzo udana miniatura ukazująca spory fragment historii Kuby miniatura bogata i mimo że dość emocjonalna, to nie wychodząca poza ramy rzetelnego reportażu. Do tego niekoloryzowana, nieupiększana, a i osobista. Dowody na Istnienie kolejny raz (po Egipt. Haral halal Kalwasa)... udowodniły, że wydawane przez nich książki spełniają w zupełności moje oczekiwania. Brawo. Bardzo polecam. 

Wg mojej skali 5/5
 
Kuba. Syndrom wyspy
Krzysztof Jacek Hinz
Wydawnictwo Dowody na Istnienie
Rok wyd. 2016
s. 320


Książka przeczytana w ramach wyzwań:
82 KSIĄŻKI
(30)

Wcześniej na blogu:

      https://1.bp.blogspot.com/-LlOHrlscguE/Wb-E8wubcJI/AAAAAAAAOG8/0Oemzhaa55IqFh-zwo57FjOpimEydhs7ACLcBGAs/s200/img007.jpg  

A w odwiedziny chodzę do:

Wyzwanie czytelnicze 2017

Obsługiwane przez usługę Blogger.