31.10.2014

Halloween. Cukierek albo psikus

Koniec października. Gorąca zupa z dyni rozproszy wszystkie Twoje lęki i strachy. A może Ty właśnie chcesz się bać? Wieczorem temperatura spadnie do zera, szumiący wiatr zagłuszy czyjś szept, a Ty nie odwrócisz się za siebie wracając późno z pracy. Nie zamkniesz furtki. W ciemności zobaczysz światło latarni odbite w czyichś źrenicach. Dobrze wiesz, że strachy czają się zawsze tuż za Twoim lewym ramieniem. Tak, dokładnie, za lewym. Chcesz sprawdzić?

Ale ja przecież nikogo nie straszę. Rozsiądźcie się wygodnie w fotelach. Upichćcie zupę z dyni lub upieczcie klasyczne pumpkin pie i zamiast włóczyć się po jesiennych ulicach, uraczcie czymś wasze ciało i ducha. Na ducha zawsze najlepsza książka, choć niekoniecznie ta... najlepsza. Jakiś czas temu wpadł mi w ręce zbiór horrorowych opowiadań polskich autorów i pomyślałam sobie: a co tam, nie czytam opowiadań, nie czytam opowiadań polskich autorów, w zasadzie nawet polskich horrorów nie czytam, więc co mi szkodzi tak raz, okazjonalnie, specjalnie dla Was, na Halloween (którego w jego wersji amerykańskiej nie obchodzę i nie do końca popieram cały ten komercjalizm, brak uświadomienia itd.). Popieram za to (bo lubię) literaturę grozy i wszelki pretekst do jej popularyzowania. Ale opowiadania halloweenowe? Zatem pewnie z zamysłu straszne i niepokojące. Nawet mi przyda się czasem jakaś literacka rozrywka, pomyślałam jeszcze. Rozrywka... Mam to, czego chciałam (a może nie chciałam). Halloween. Posłuchajcie tylko.

Halloween. Cukierek albo psikus to zbiór tekstów oscylujących w klimacie Dnia Duchów; niestety bardzo nierównych jakościowo. Podczas gdy niektóre zionęły zabawną grozą i niesamowicie wciągały, karygodnie niski poziom innych aż raził w oczy. Nie będę pisała ogólnikami, opowiem Wam o nich trochę. Łatwość miałam taką, że przy czytaniu nie sugerowałam się nazwiskami autorów (bo znałam tylko Orbitowskiego), więc recenzowałam sam tekst, a nie "tekst autora". Kategorie obrałam sobie też łatwe: podoba mi się (wciąga, straszy, robi wrażenie) lub nie podoba (nie wciąga, nie straszy, wrażenia nie robi, bądź robi złe). Nigdy nie oceniałam wartości horrorów, bo nauczyłam się, że horror to trochę inny gatunek literacki i ma spełniać nieco odmienne zadania niż proza wyższa. Tak było z horrorami klasyków, które straszą samym klimatem i kurzem. Teraz sprawa ma się odrobinę inaczej. Wymagania wzrastają, bo napisać udany horror w tych czasach, to nie lada wyczyn. Czy zatem w zbiorze, który trzymam w rękach, pojawił się rasowy horror?

Nie. Nie pojawił. Za to zaskoczyło mnie kilka (no, może trzy) naprawdę udanych tekstów. Stracona fiestecita Łukasza Śmigla to rewelacyjny materiał na książkę! Nie wiem, czy nie słyszałam już gdzieś podobnej historii, ale motyw z samospaleniem duchownego, ofiarami przeznaczonymi dla jakiegoś starego bóstwa i w ogóle cała ta atmosfera religijno-szamańska, wrażenie robią spore! Autor ma niezły ironiczny styl i dobry warsztat. Super. Podobny poziom zatrzymał Piotr Rowicki w Cukierek albo psikus. Tytuł banalny, pomysł w sumie dość wystrzałowy, ale jaka radość czytania! Naprawdę ubawiłam się przy tym doskonale. Jest napięcie, zaskoczenie i ta cudowna autoironia. Chyba tylko tak można było wybrnąć z tego halloweenowego przedsięwzięcia, które niestety inny autorzy wzięli raczej na serio. Zmarli nie opowiadają bajek Bartosza Czartoryskiego to będzie chyba jeden z ostatnich tekstów "na poziomie". Jest i zabawny, i straszny, i fajnie pokręcony. Dla opowiadań tych trzech panów warto było Halloween nabyć. Ale teraz będę kąsać. Pierwsze opowiadanie - dramat. Magdalena Kałużyńska zupełnie mnie nie porwała ani swoim pomysłem, ani stylem. Co prawda jest chwila grozy, opisy całkiem krwawe, ale całość po prostu słaba. Ot, opowiadanie napisane na akord. Ktoś jednak pobił Kałużyńską. Oto i Robert Cichowlas z Grobami żywych. Nie wiem jak taki tekst mógł trafić do - z założenia - horrorowego zbioru. Smutny, sentymentalny, rzewny. Potem było przez chwilę gorzej. Nieszczęsny Orbitowski, którego nie rozumiem i nie umiem czytać. Gość wydziwia, ale w tym wydziwianiu wcale nie jest drugim Gombrowiczem. Nie lubimy się i chyba już nie polubimy. Rodzina jeży Katarzyny Rogińskiej mogłaby być nawet niezła, ale coś mi nie pasowało. Za to całkiem udane okazały się jeszcze dwa opowiadania - Druidzi z Bełchatowa Krzysztofa Maciejewskiego (tylko trochę porąbane) i Książę kłamców Davida Kaina (książkowi narkomani; pomysłowo).

Resztę doczytajcie sobie sami, a najlepiej sięgnijcie po całość - z ciekawości. Naprawdę. Poza niektórymi wpadkami, teksty trzymają wysoki poziom językowy, a pomysły to już kwestia gustu.
             


Przy tej halloweenowej okazji będzie trochę o dyni. Stwierdzam, że dynia jest jednym z najbardziej upiornych warzyw na świecie. Ten jej ciągnący się włosowaty miąższ. Ta twarda skorupa przecinana nożem. Jakkolwiek jej nie potraktujecie, będzie przerażać. Moja dynia krzyczy. Wszelkie cudowne właściwości dyni odkryłam niedawno, choć zawsze uważałam, że jest w niej coś mistycznego (choć i zabobonnego). Ale przecież pierwsza dynia w moim życiu to nie Jack Skellington i The Nightmare Before Christmas Tima Burtona, a karoca z Kopciuszka, która o północy zamieniała się w dynię właśnie.

Wg mojej skali 3,5/5

Halloween. Cukierek albo psikus
wydanie zbiorowe
Wydawnictwo Oficynka
Rok wyd. 2012
s. 276


Książka przeczytana w ramach wyzwań:
KLUCZNIK
(mroczny klimat)



 

Wcześniej na blogu:

        https://2.bp.blogspot.com/-jolGJEdPCd4/WQBM8AIB3tI/AAAAAAAAN9M/z_jUEEs8J10RE1G6-7c5c_9xipXEhp-1QCLcB/s1600/513626-352x500.jpg

A w odwiedziny chodzę do:

Wyzwanie czytelnicze 2017

Obsługiwane przez usługę Blogger.