25.11.2013

Włoskie buty



O ile mi wiadomo, Mankell pisuje kryminały. Dobre kryminały. Nie czytałam Mankella. Znam doskonale tytuły takie jak Psy z Rygi, czy Mężczyzna, który się uśmiechał. Znam, bo niejednokrotnie wlepiały we mnie swoje sprytnie ukryte w okładkach oczy i niekiedy przewędrowały ze mną trasę biblioteka-dom-biblioteka. Poza tym nie robiły nic. Nie umiałam ich czytać. Nie chciałam ich czytać. Nic mnie do nich nie ciągnęło poza znanymi chyba wszystkim już tytułami. Być może bałam się wtedy tej szwedzkiej inności, może obawiałam trudności odbioru, a w tamtych czasach dla mnie kryminał miał być kryminałem, a nie arcydziełem. Nie wiem czemu wydawało mi się, że Mankell patrzy na mnie z góry. I takie uczucie trzymało się mnie do chwili aż nie trafiłam na Włoskie buty.

Sięgnęłam jednak po nie nie jako po książkę znanego Mankella. Przekonały mnie do tego recenzje, poza tym odczułam ogromną potrzebę przeczytania tej jesieni czegoś innego. Wiedziałam, że nie jest to kryminalny Mankell, że muszę zupełnie inaczej podejść do tematu. Odważniej. Narażając swoje słabe nerwy, ponieważ powieści obyczajowe okrutnie mnie drażnią. Gdy nie czuję nuty grozy, tajemniczości lub magii, zwykle panikuję. Już na co dzień tej obyczajowości mi aż nadto. 

No, ale tu zastała mnie zima. Daleka wyspa tkwiąca samotnie na zmrożonym morzu. Samotny Frederick Welin - emerytowany lekarz, mieszkający w swoim bunkrze z psem, kotem (równie starymi jak on) i mrowiskiem w salonie. Zgryźliwy, nieprzyjemny, gburowaty starzec, który codziennie wykuwał przerębel i moczył się w lodowatej wodzie, by sprawdzić, czy nadal żyje. Jedynym jego towarzystwem, prócz zwierząt, był listonosz, którego nie lubił, a który odwiedzał go co jakiś czas, bardziej by zwierzać się ze swoich hipochondrycznych przypadłości, niż przynosić pocztę. Frederik bowiem nie miał od kogo otrzymywać listów. Był sam. 

Sam, do dnia, gdy w oddali na białym lodzie dostrzegł czarną postać. Starszą kobietę poruszającą się przy pomocy chodzika. Kobietę, którą wiele lat temu kochał i którą porzucił wyjeżdżając na zawsze. Wraz z tą nieoczekiwaną wizytą zaczęła pękać lodowa skorupa. Frederic, który przywykł do samotniczego życia na swojej wyspie, nie tylko będzie musiał przebywać z osobą, której już nigdy miał nie zobaczyć, opuścić na jakiś czas dom, udać w podróż, której nie chciał, lecz przede wszystkim znów konfrontować się z ludźmi, stać się ogniwem, ze stanu wycofania i niepogodzenia z samym sobą wrócić do życia. Do życia, w którym koegzystencja z ludźmi jest nieodzownym elementem istnienia, a dawne błędy okazują się nieomal wybaczalne. 

Nie jest to jednak historia romantycznej miłości po latach. To opis starości, choroby, złości i problemów. Ucieczek i powolnego przywykania do obecności innych. Nawet tej dalekiej, listownej. Postać Frederica w pewien sposób ujmuje, mnie nawet trochę wzrusza, choć wiem, że daleko do wzruszenia, gdy czyta się pierwsze akapity. Za to styl Mankella w moich młodych latach bardzo wyidealizowałam. To styl raczej prosty, łagodny, pozbawiony upiększeń. Znośny, a jednak nieporywający. Mnie Włoskie buty nie porwały. Ot, obyczajowa, dość pesymistyczna szwedzka historia. Taka na zimę. Pod koc i do herbaty.




-------------------------------------------------------------- stopka ------------------------------------------------------------------

Włoskie buty
Henning Mankell
Wydawnictwo W.A.B.
Rok wyd. 09/2013
s. 352

Wg mojej skali: 3,5/5

 



Wcześniej na blogu:

        https://2.bp.blogspot.com/-jolGJEdPCd4/WQBM8AIB3tI/AAAAAAAAN9M/z_jUEEs8J10RE1G6-7c5c_9xipXEhp-1QCLcB/s1600/513626-352x500.jpg

A w odwiedziny chodzę do:

Wyzwanie czytelnicze 2017

Obsługiwane przez usługę Blogger.