14.08.2015

Sprzedaj lodówkę i jedź dookoła świata

"Prawdziwe życie jest gdzie indziej.
Jest pod powierzchnią."

Ale zanim o tym, pozwolę sobie zadać (samej sobie) dwa ważne pytania. Pierwsze: czy kiedykolwiek (z własnej woli) zabrałabym się za książkę o tytule brzmiącym tak marketingowo? (Nie) Drugie: czy ja w ogóle czytam luźne relacje z podróży? (Nieczęsto) Od czasu książek Kingi Choszcz, uznałam, że jechać gdzieś i to opisać, to trochę za mało. Tym bardziej, że coraz popularniejsze stają się takie podróżnicze publikacje. Coraz więcej osób podróżujących prowadzi blogi. Porywamy się w coraz dalsze strony świata. Zabieramy coraz lepszy sprzęt. Robimy coraz lepsze zdjęcia. Niektórzy do swoich eskapad przygarniają loga sponsorów (np. ekipa Busem przez świat). Wierzę, że istnieją jeszcze dzicy podróżnicy, którzy nie wydają książek i nie wrzucają na Instagram zdjęć swoich stóp na tle tropikalnej plaży. Tacy, którzy nie chwalą się co jedli, a czego nie jedli w jukatańskiej wiosce odciętej od świata. Bo teraz coraz trudniej już kogoś (i samych siebie) zaskoczyć. Dlatego rzucamy się w jeszcze większą egzotykę, by było jeszcze więcej dziwności w naszych opowieściach. Czy Kacprowi Godyckiemu-Ćwirko zależało na dziwności? Sam nie narzekał na niedobór egzotyki, a nawet celowo wybierał miejsca skrajnie egzotyczne. Nie stawiał sobie bliskich, ani prostych granic. Podróżował z rozmachem. Żył z rozmachem. W pewnym momencie po prostu wstał zza biurka, zdjął krawat i ruszył z 60-litrowym plecakiem dookoła świata. Takie banalne.

A potem słuchał "huku pękających południków".

Wystarczy wstać, bo "życie nie siedzi obok nas na kanapie". Wystarczy połączyć pajęcze sieci lotów międzykontynentalnych i wyskrobać kilka tysięcy, które mieliśmy przeznaczyć na lepszy sprzęt AGD. Wystarczy zdjąć pętlę z szyi, zerwać ten jeden guziczek koszuli, który zawsze kradnie nam powietrze. Jedzenie doprawione E-przyprawami. Wyuczona na pamięć droga do i z pracy, ten sam stukot butów w podziemnym parkingu. Wraz z otwierającymi się drzwiami windy, zamykają się nasze wewnętrzne okna. Umieramy. Tylko że bardzo powoli i w komfortowych warunkach. To, czy nam to odpowiada, może być najważniejszym pytaniem w naszym życiu. "Zapewnij sobie wszystko, co jest ci potrzebne, ale tylko to, czego tak naprawdę potrzebujesz. A potem zacznij patrzeć poza linię horyzontu". Książka Kacpra nie jest żadnym konwencjonalnym poradnikiem, po którego przeczytaniu chce się zmienić swoje życie w 30 sekund,  a potem i tak wszystko wraca do normy. Nie jest też poradnikiem niekonwencjonalnym. Jej tytuł to tandetny, niepotrzebnie odstraszający marketingowy chwyt, który przyciągnie nie te osoby, co trzeba. Ale gdy już kogoś przyciągnie, to wciągnie po samo dno. Bo szczery przekaz zawsze działa. A u Kacpra dużo było tej szczerości. Patrzysz — silny, opalony facet, który wygląda, jakby przed chwilą wyszedł z siłowni, albo pływał na desce na jednej z australijskich plaż i podrywał panienki na kolorowe drinki. Nic bardziej mylnego. Bo jeśli już Australia, to raczej osamotnione skały. A jeśli już drinki, to tylko "wściekły pies", który przełamuje lody w zapadłych meksykańskich miasteczkach.

Floryda, Meksyk, Nowa Zelandia. Wylana rzeka Urubamba u stóp Machu Picchu. Boliwijska część Atakamy, przez którą dobrze jechać z najmniej pijanym kierowcą. "Samolot okrąża wyspę, jakby nie dowierzając, że ją znalazł". To o Rapa Nui. Raz — gotowana woda z pustynnej sadzawki, którą popijał suszone łopatki lam, innym razem whiskey z lodem z lodowca! Przy szczycie Aorali pękają mu błony bębenkowe. Przeżywa powódź, tsunami, lawiny błotne, trzęsienia ziemi. Wygłodzenie, zatrucia i problemy z przekraczaniem granic. Nie chcą go wypuścić z komunistycznej Kuby. Nie może dotrzeć na Florydę. Czyta książki na skałach. Przebyte kilometry odmierza uśmiechami przypadkowych ludzi. Nie można zmieścić w jednej książce takiego ogromu świata, którego doświadczył Kacper przed swoją śmierci. Umarł w Afryce, w kwietniu 2012 roku. Nagle przestał oddychać. O Afryce, którą uwielbiał, napisał najmniej. Pewnie chciał zrobić to następnym razem. Ten chaos, który mnie drażnił, a który panuje w Sprzedaj lodówkę i jedź dookoła świata, to tak naprawdę nic. Nie ma tu przemądrzałości, ani męskiej próżności. Nie ma "gwiazdorzenia". Jest wielka chęć życia pełnego, autentycznego, niespętanego nadmiernym materializmem i fałszem. Daje natchnienie. Bowiem "prawdziwy szok przeżyjemy, gdy wreszcie dostrzeżemy, jak bardzo bezwartościowa jest ta barykada gestów, którą zamykamy sobie drogę do życia."

Ale najważniejsze dla mnie było jedno zdanie: "to, czego szukasz, znajduje się zawsze poza strefą twojego komfortu". Jeśli gnieciecie się na swoich kanapach, w windach i na siedzeniach własnych klimatyzowanych aut, i czasem chcielibyście wyrwać się — na chwilę — do innego świata (co może robicie, turystyka wciąż ma się dobrze), nie czytajcie książki Kacpra Godyckiego-Ćwirko. Nie będziecie mogli spać. Będziecie chcieli wyruszyć, a i tak tego nie zrobicie. Jego książka będzie Waszym wielkim wyrzutem sumienia. W najlepszym wypadku weźmiecie namiot i wyruszycie nad mazurskie jezioro, jak osoba, która mi ją poleciła. I dobrze zrobicie, bo warto zacząć od małych kroków. Od odpinania guzika.






Wg mojej skali 4/5

Sprzedaj lodówkę i jedź dookoła świata
Kacper Godycki-Ćwirko
Wydawnictwo Zwierciadło
Rok wyd. 2013
s. 240



Książka przeczytana w ramach wyzwań:
104 KSIĄŻKI
(49)

Wcześniej na blogu:

      https://1.bp.blogspot.com/-LlOHrlscguE/Wb-E8wubcJI/AAAAAAAAOG8/0Oemzhaa55IqFh-zwo57FjOpimEydhs7ACLcBGAs/s200/img007.jpg  

A w odwiedziny chodzę do:

Wyzwanie czytelnicze 2017

Obsługiwane przez usługę Blogger.