26.07.2014

Pająki pana Roberta


"Mieszka w lesie, gdzie pająki i kruki". Obserwuje, czai się, nie przeszkadza. Nie płoszy swoich małych domowników; raczej przysłuchuje ich niemej obecności, która (przyznajmy) w wielu z nas wywołuje co najmniej porządne dreszcze. Otóż to naprawdę traktat o pająkach. Pół przyrodniczy, pół filozoficzny. Zachwyca równie mocno, jak przeraża. To swojego rodzaju majstersztyk; autor operuje stylem od pewnego czasu rzadko spotykanym, łagodnym, poetyckim, i niezależnie jak wielką awersję czujemy do tych czworonożnych stworzeń, jest duża szansa, że docenimy niesamowity liryzm i głębię tego dzieła.

Cóż, ja doceniam. Naprawdę. Co więcej - czuję się kompletnie oczarowana. Do tej pory nawet na cień pająka reagowałam mniej lub bardziej donośnym krzykiem (niezależnie od miejsca i pory dnia). Ten nieuzasadniony lęk jest jednym z najbardziej paraliżujących, jak i absurdalnych ludzkich lęków. Umysł nie zdaje sobie sprawy z braku realnego zagrożenia (chyba, że mówimy o pająkach jadowitych), umysł po prostu panikuje i szuka natychmiastowego sposobu pozbycia się z najbliższego otoczenia niewygodnego sprawcy owego dyskomfortu. Jaka to przyjemność, gdy ktoś duży i dzielny ;) wynosi takowego sprawcę gdzieś, gdzie nie będzie już nam zagrażał. Wstyd przyznać, ale najbezpieczniejszym rozwiązaniem jest zupełne odebranie mu na to szans. Osobiście jestem ogromną miłośniczką zwierząt, ale wizja, którą współdzielę z Lautréamontem, że "każdej nocy, o godzinie, kiedy sen jest nagłębszy, stary pająk (...) powoli wysuwa głowę przez szparę podłogi (...) wspina się po hebanowych nogach mego puchowego łoża. Ściska mi gardło łapami i brzuchem pije moją krew", jest niezwykle niepokojąca, więc łatwo mi się wytłumaczyć, gdy w krzykach błagam kogoś dużego i dzielnego, by takowego pająka najlepiej zgniótł (choć nie na moich oczach) i zapewnił, że zrobił to rzeczywiście, nie wyswobodził go i nie uratował, gdy nie patrzyłam. Okrutne to. Wiem i wstydzę się z każdą czytaną przeze mnie linijką książki Pucka.


To dopiero pan Robert obudził we mnie niejaką wrażliwość na te niesamowite istoty. Nie powiem jednak, że szczegółowe opisy wyglądu i zachowania pająków, którymi to nas szczodrze poraczył, były miłe i przyjemne dla oka. Nie były. Choć o mały włos nie zostałam biologiem, to skończyło się (na szczęście, bądź nieszczęście) na filozofie, więc stronę przyrodniczą książki jakoś przetrawiłam, zupełnie zatracając się w tej drugiej, bardziej humanistycznej. I to właśnie ona czyni z Pająków... lekturę niezwykłą. Pojawiają się w niej nazwiska takich mistrzów jak Arystoteles, Malenbranche, Jean-Henri Fabre, czy też Leibniz. Pan Robert doskonale przeplata świat przyrody ze światem literackim. Przy tym podoba mi się atmosfera jakiejś takiej nienachalnej sielankowości. Chatka w lesie, leniwa obserwacja owadów, papieros na ganku, znikające popołudnia. Nie przeszkadza prowadzenie narracji w trzeciej osobie. Jest nieco infantylne, ale i urocze. Duża doza humoru i lekkości odpowiada wakacyjnej aurze, więc zabranie Pająków... na urlop było strzałem w dziesiątkę.



-------------------------------------------------------------- stopka ------------------------------------------------------------------


Pająki pana Roberta
Robert Pucek
Wydawnictwo Czarne
Rok wyd. 2014
s. 128

Wg mojej skali: 4,5/5


 

Książka przeczytana w ramach wyzwań:
KLUCZNIK (1 - tomisko NIEopasłe, 2 - tytuł w trzech słowach)

Wcześniej na blogu:

      https://1.bp.blogspot.com/-LlOHrlscguE/Wb-E8wubcJI/AAAAAAAAOG8/0Oemzhaa55IqFh-zwo57FjOpimEydhs7ACLcBGAs/s200/img007.jpg  

A w odwiedziny chodzę do:

Wyzwanie czytelnicze 2017

Obsługiwane przez usługę Blogger.