23.10.2014

10 ksiĄŻek mojego Życia

Obiecałam Wam i sobie stworzyć listę dziesięciu książek mojego życia (ostatnio popularne to). Nie jestem szczególnie przekonana do tworzenia zestawień tytułów ulubionych książek, bo różne książki w życiu czytamy na różnych etapach życia i takiego wyboru moglibyśmy dokonywać co dobrych kilka lat. Do tego przydałby się podział gatunkowy i inne takie zawężenia, aby nie było to zbyt trudne i przy okazji zbyt bolesne (bo co jak mi się jeden Hesse nie zmieści do spisu?). Ja z tym problemu jednak nie mam. U mnie od masy lat na tym szczytnym podium kilka tytułów tkwi niezmącenie i jakoś z piedestału zejść nie myślą. To książki-głazy. Takie co to, albo raz (a dobrze) przywaliły, albo ciągle gdzieś tam jeszcze twardo leżą i wsiąkają w głowę, jakby nie mogły z niej po prostu wypaść.

Zaznaczę, że nie ma w nich książek dla dzieci. Nie żebym nie znała i nie czytała. Dzieci z Bullerbyn i Szatana z siódmej klasy znałam niemal na pamięć, ale nie sądzę, by były bardziej przełomowe niż Wakacje z duchami, czy Emilka ze Srebrnego Nowiu (nie, nie Ania z Zielonego Wzgórza). Lubiłam i tyle. Pisząc o książkach życia, mam na myśli te, które coś we mnie zmieniły, uderzyły jakoś, szczególnie oddziałały. Chodzi o oddziałanie wyjątkowe, bo w sumie wiele książek posiada podobne właściwości.


Oto i wybrańcy:
    
Mała apokalipsa, Tadeusz Konwicki - rzecz moich młodych lat. Byłam nią niezdrowo zachwycona! Tą ideą samobójstwa, tą misją, ostatnim dniem przed samospaleniem bohatera, Nadzieżdą. O Małej apokalipsie pisałam na maturze (!), podczas gdy nikt z mojego otoczenia nawet jej nie znał, bo nie była lekturą obowiązkową. To był mój wstęp do świata egzystencjalizmu, pojmowania wolności, filozofii, na którą porwałam się rok później. O tak, to rasowa książka mojego życia.






Lalka, Bolesław Prus - o, jak ja Lalkę uwielbiałam! To była jakaś taka dziwna fascynacja związana z czasem, momentem w życiu. Konkretnie niesprecyzowana. Uwielbiałam jednak klimat tej epoki. Rękawiczki. Styl Prusa. Wokulskiego. Tak, to był czas specyficzny i nie do powtórzenia.








Mur, Jean-Paul Sartre - zbiór opowiadań tego egzystencjalisty wywarł na mnie bardzo duże wrażenie w liceum, choć jak teraz na to patrzę, to muszę się przyznać, że nic wtedy nie zrozumiałam z tych jego ponurych tekstów. Ale to było coś ważnego. Szłam na filozofię, więc czytałam Sartre'a. Teraz nie twierdzę, że to dzieła wybitnie udane (teraz wolę Mdłości), ale wtedy w posiadaniu miałam tylko to i to mi wystarczało.






Idiota, Fiodor Dostojewski - męczyłam go codziennie do śniadania przez pierwszy rok studiów, bo uznałam, że Idiotę przeczytać muszę. Tak, to było coś. Jak już się wczytałam, nie mogłam przestać. Może był to kolejny mój idealistyczny wymysł, ale na dobre mi wyszedł. Poza tym ja rosyjskich pisarzy ubóstwiałam. Dostojewski, Tołstoj, Turgieniew. Annę Kareninę czytałam do porannych płatków owsianych z jabłkiem i cynamonem.






Gra w klasy, Julio Cortázar - to z kolei mogę śmiało uznać biblią moich młodych lat. Czytałam trzy razy. Z namaszczeniem. I według klucza, i normalnie, i znowu według klucza. Byłam w Grze w klasy na całego zakochana. Moja twórczo-romantyczna dusza tamtych lat znalazła w Cortázarze swojego prawdziwego guru. Uwielbiałam te jazzowe płyty i zielone świece. To jak Oliveira opisywał Magę. Cała ta artystyczna bohema, intelektualizm, muzyka, malarstwo - to wszystko było mi bardzo bliskie, bo ja tak właśnie żyłam tych ładnych parę lat temu. Tak chciałam żyć i to mi imponowało.





Wilk stepowy, Hermann Hesse - sprawa poważna. Coś, co mną zawładnęło, bo było bardzo bliskie mojej niespokojnej duszy. Kojarzy mi się z którymś z pierwszych lat studiów. Wilk stepowy to dzieło wyjątkowe i wielkie. To egzystencjalna powieść o samotniku Harry'm Hallerze (alter ego autora), z którym się w tamtym czasie bardzo utożsamiałam.







Czas, Piotr Ibrahim Kalwas - nie pamiętam już jak na tego autora wpadłam (chyba przypadkiem). Kalwas to pisarz niezwykły. Gdyby nie było Stasiuka, istniałby tylko Kalwas. Jego wspaniałe pióro, wyczucie, poetyckość przekazu. Po Czasie pojawiły się Drzwi, Dom, Rasa Mystica. Książki, które można czytać w nieskończoność. Trudno je nazwać książkami podróżniczymi, tyle w nich metafor, głębi i wrażliwości. To literatura wyjątkowa. Nie do końca wszystkim znana, może też dlatego tak mi bliska i intymna.





Dziennik pisany później, Andrzej Stasiuk - czemu akurat Dziennik wybrałam? Nie wiem. Chyba podobał mi się najbardziej. Wyboru Stasiuka nawet nie będę motywować. Wy tam już swoje wiecie :)








Białe zeszyty, Sonia Raduńska - w czasach, w których byłam jeszcze nadwrażliwcem skłaniającym się ku tej lirycznej stronie świata, Białe zeszyty były dla mnie bardzo ważne. Zresztą polecałabym je sobie także teraz. To naprawdę dobrze napisany dziennik bardzo mądrej kobiety. Raduńska jest psychologiem i bardzo ciepłą osóbką, która potrafi niesamowicie motywować i podnosić na duchu.







Fabula rasa, Edward Stachura - nawet nie chodzi tu o samą Fabulę rasę. Musiałam podać jakiś przykład, a innego nie potrafiłam. Piosenki Stachury, opowiadania Stachury. To wszystko się składało i łączyło. Ja też, podobnie jak Ed, jestem takim trochę włóczęgą. Choć w moim wypadku to włóczęgostwo wygodne i niegroźne. Takie nie do końca serio. Cóż, Stachura swoimi czasy zajął kawał mojego serca i nie mogłam go tu pominąć.







To książki, które istnieją we mnie od zawsze i nigdy nie stracą na ważności. A przecież tuż obok nich czają się równie silne, żelazne tytuły. Pół mojej licealnej młodości to Graham Masterton. Teraz trochę wstyd mówić, ale tak właśnie było. Druga połowa życia to kryminały. Ostatnio w tej dziedzinie wybiła się S. J. Bolton i to którąś z jej książek uznałabym za kryminał życia. Stephena Kinga nie odkryłam (jak wielu z Was) we wczesnych latach młodości, bo we wczesnych latach młodości czytałam twórców literatury wielkiej (bo i wielkie miałam aspiracje). Ale Stephen King jakoś zawsze gdzieś tam się czaił. Znałam go i przeczuwałam jego istnienie. Nie napisałam Wam również o książkach filozofów, które też przecież mogę nazwać życiowymi. O nich pisać nie będę. Nie napisałam o Jarosławie Grzędowiczu i Księdze jesiennych demonów, która mogłaby być tą JEDENASTĄ książką.

Pokazałam Wam książki w oryginalnych wersjach okładkowych. Czyli tych "moich". Patrząc na te zestawienie, wychodzi na to, że jestem okrutnie sentymentalna. Że to co czytałam kiedyś, wbiło mi się w historię tak trwale, że wyjść z tego nie potrafię, mimo że czytam teraz zupełnie inne rzeczy. Do tamtych zawsze tęsknię. Teraz też.


Wcześniej na blogu:

        https://1.bp.blogspot.com/-LlOHrlscguE/Wb-E8wubcJI/AAAAAAAAOG8/0Oemzhaa55IqFh-zwo57FjOpimEydhs7ACLcBGAs/s200/img007.jpg

A w odwiedziny chodzę do:

Wyzwanie czytelnicze 2017

Obsługiwane przez usługę Blogger.