02.12.2015

Moje życie polarnika

"Wielu ludzi trzeba spotkać,
by potem pójść samemu na biegun."

Cały ten tekst, który za chwilę powstanie powinien być jednym wielkim cytatem. Nikt lepiej od Marka Kamińskiego nie będzie mówił o Marku Kamińskim, polskim polarniku, podróżniku, filozofie, zwykłym człowieku, który wyznaczał sobie niezwykłe cele. Bo to o nim jest Moje życie polarnika. O nim samym jego własnymi słowami. O jego dzieciństwie, o pierwszych wyprawach poza granice komunistycznej Polski, o pierwszym Biegunie — tym prawdziwym, Północnym, ale i o tym w jego sercu i w głowie. I o czymś więcej. O momencie, w którym przestaje liczyć się tylko na siebie, na siłę swoich mięśni, czy na siłę umysłu, a nawet na dobre przygotowanie i solidny sprzęt. Ten moment, te jego "przekraczanie progu nadziei", być może jest najważniejszym etapem każdej wyprawy. To świadomość, że człowiek sam nie da rady, że musi być coś ponad nim, że nie można liczyć tylko na własną siłę fizyczną. Być może to ta świadomość zaprowadziła Marka i Wojtka Moskala na Biegun Północy w 1995 roku, choć w pewnym momencie byli już bez szans. W podobnym, a nawet bardziej krytycznym punkcie stanęli Marek z niepełnosprawnym Jaśkiem Melą, również w drodze na Biegun. A jednak się udało. Marek nazywa to cudem i pewnie wie co mówi, bo już wtedy doskonale znał się na tych wszystkich biegunowych sprawach.

W dzieciństwie Marek Kamiński co rusz zmieniał pasje (a miał ich sporo!), najbardziej jednak fascynował go świat, który był trochę dalej niż na wyciągnięcie ręki. Korespondował z dzieciakami z innych krajów  — niekiedy bardzo odległych, podróżował autostopem, żeglował. Wciąż było mu mało świata i choć podejmował się rozmaitych metod, aby ten świat jakoś ogarnąć (nawet rozumowo, stąd studia filozoficzne), rodziła się w nim idea ruszenia dalej, na biegun. Grenlandia, Spitsbergen, potem Biegun Północy (ze szczytu: "zasypiałem między jedną i drugą łyżką podnoszoną do ust. Magiczne chwile, trudno je opisać"), Biegun Południowy. Ale i Australia, i Polska, podróże z córką, "Ekspedycja Wisła". Choć to chyba biegun był dla niego tą jego "klamrą", która wszystko otwierała i zamykała.

"Ale jeśli o czymś marzymy i zakoduje się to 
w naszej podświadomości, bywa, że po jakimś czasie 
przychodzi to do nas samo."
    
Jak dotąd wszystkie książki Marka Kamińskiego, jakie miałam przyjemność czytać, wciągały mnie bez pamięci, choć ich styl niczym się nie wyróżniał. I Moje życie polarnika jest proste i pisane trochę na kolanie, na szybko, jakby było wynikiem jednego dłuższego wywiadu. Ale ja tak sobie myślę, że Marek Kamiński wcale nie jest od tego, aby pięknie pisać. To, czego dokonał, to w jaki sposób podchodzi do świata i do ludzi, ile mądrych, motywujących myśli przekazuje w tych wszystkich swoich książkach (w tej też!) — wystarcza. To aż nadto. Mi w Moim życiu polarnika przekazał jedną ważną rzecz (inne ważne czerpałam już kiedyś z Nie tylko biegun, którą pisał z Wojtkiem Moskalem), bardzo, bardzo znaczącą! Sam lepiej to opowie: 
     
"Istnieją dwa życiowe schematy: pierwszy z nich mówi,
że szczęście jest gdzieś daleko, a drugi podpowiada, że szczęście leży blisko (...)
Może jeden procent powinien polegać na nadziei, że gdzieś tam daleko 
istnieją wielkie sprawy, ale w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach
trzeba żyć tu i teraz. Zrozumienie tych proporcji zajęło mi jednak 
prawie całe życie."

Wg mojej skali 4/5

Moje życie polarnika
Marek Kamiński
Wydawnictwo Burda NG Polska
Rok wyd. 2015
s. 256


Książka przeczytana w ramach wyzwań:
ZIMOWE PRZESTRZENIE TEKSTU

104 KSIĄŻKI (62)
   

Wcześniej na blogu:

        https://1.bp.blogspot.com/-LlOHrlscguE/Wb-E8wubcJI/AAAAAAAAOG8/0Oemzhaa55IqFh-zwo57FjOpimEydhs7ACLcBGAs/s200/img007.jpg

A w odwiedziny chodzę do:

Wyzwanie czytelnicze 2017

Obsługiwane przez usługę Blogger.