23.12.2014

Dotyk


"Dłonie się nie dotykały.
Nawet przez powłokę zamarzniętej wody, 
która ich pokrywała, widzieliśmy, że niewiele
ponad grubość ostrza topora dzieliło ręce ojca
od rączki mojej siostry."

Sroga kanadyjska zima w górniczej osadzie Sawgamet zaczyna się już latem. Pierwsze miękkie płatki śniegu topią się w ciepłej dłoni, by za chwilę oblepić zgrzane ciała poszukiwaczy złota. Wyglądają oni teraz jak śnieżne anioły. Płucząc swoje miski nad brzegami rzeki, zerkają z obawą w głąb pobliskiego lasu. Bowiem nie tylko zimy boją się tutejsi mieszkańcy. Mówi się, że w lasach czyhają na nich indiańskie stwory. Wehtiko, ijirait, qallupilluit, morskie wiedźmy, które wciągają swoje ofiary pod gruby lód. W puszczy drzewa szepczą, góry przywołują, a zima zbiera swoje krwawe żniwo. Mróz jest tak duży, że ludzie zamarzają. Aby nie zgubić się w śniegowej zawierusze, przywiązują się sznurami, zapalają w oknach świece. Jeśli się nie obejrzysz, nie uratujesz już swojej żony, którą połknie biała, zamazana przestrzeń. Jeśli się poślizgniesz na lodzie, wpadniesz do przerębla i porwie cię na zawsze lodowata toń. Jeśli nie zabijesz człowieka, zginiesz z głodu. To okrutny, surowy krajobraz. Tutaj nie ma miejsca na sentymenty.

A jednak Stephen wspomina. Wspomina dziadka Jeannota, który założył tę osadę jeszcze jako osiemnastolatek. Jeannot ożenił się z Martine i to oni przeżyli pierwszą prawdziwą zimę w Sawgamet. Wspomina i opowiada o tym wszystkim swoim własnym dzieciom, choć nie wszystkie wspomnienia warto przywoływać. Mówi o stworach, które ukazywały się ludzkim oczom, o złotym karibu, o wyrębie drewna. O tym, jak pewnej zimy pod pękniętym lodem zginęli jego siostra i ojciec. O tym, jak ich lodowe sylwetki widać było pod taflą i o tym, jak bardzo pragnął, aby pod tym lodem ojciec dotknął dłoni Marie, aby nie czuła, że odchodzi sama. Mówi o miłości, która przywołuje duchy. Niesamowita jest to opowieść. Rodzinna, bolesna, nostalgiczna, a czasem przytulna i ciepła, gdy lato trwa dłużej niż zwykle. Ale to zima jest główną bohaterką Dotyku. Czuć ją w każdym zdaniu, między kartkami słychać szum wiatru i sypiącego śniegu. Autentycznie czuć mróz na palcach przerzucających łapczywie strony. To bardzo mądra, prosta opowieść o pokoleniach, śmierciach, narodzinach i zwykłych, ludzkich uczuciach, które rozgrzewały nawet najmroźniejsze dni. Pieczonych ciastach, gorących zupach i dziecięcych łyżwach. 

Alexi Zentner Dotykiem zadebiutował, a jest to debiut niezwykle udany. Teraz Wiatr od Morza wydaje takie perełki, które wręcz chwytają za serce. W Dotyku jest coś rodzimego. Jakaś taka żywotność, ludowość, prawda, która ujawnia się w ciężkiej pracy bohaterów, ich mocnych więziach, w ich lękach i nadziejach. Przy tym Dotyk jest przykładem powieści pełnej realizmu magicznego. Znaki, symbole, zjawy. Prawdziwe cuda! Nie pamiętam też kiedy ostatnio czytałam książkę, w której pora roku była tak silnie wyrażona. Te zawieje, mrozy i nieustający śnieg czułam niemal namacalnie, jakby to wszystko działo się tuż za moim oknem. Niestety za oknem pogoda zupełnie nieadekwatna do pory roku. Przynajmniej mogłam sobie o śniegu poczytać. Was również do tego zachęcam, bo Dotyk to magiczna i - wbrew pozorom, ciepła, choć i bardzo smutna historia. Koniecznie do czytania zimą!

Wg mojej skali 4,5/5
Dotyk 
Alexi Zentner
Wydawnictwo Wiatr od Morza Rok wyd. 2013
s. 208



Książka przeczytana w ramach wyzwań:
KLUCZNIK (wstrząśnięte, niezmieszane)
52 KSIĄŻKI
(68)

Wcześniej na blogu:

      https://1.bp.blogspot.com/-LlOHrlscguE/Wb-E8wubcJI/AAAAAAAAOG8/0Oemzhaa55IqFh-zwo57FjOpimEydhs7ACLcBGAs/s200/img007.jpg  

A w odwiedziny chodzę do:

Wyzwanie czytelnicze 2017

Obsługiwane przez usługę Blogger.