05.10.2014

Bukareszt. Kurz i krew


Nie da się zrozumieć Bukaresztu, jeśli nie jest się choć w małym stopniu zafascynowanym Rumunią. To szaleńcza, straszna melodia. To coś, czego nie da się pojąć z marszu. We mnie Rumunia ukonstytuowała się kilka lat temu, weszła w psychiczny krwiobieg i zatrzymała w nim do dziś. Nie wiem, czy bez niej w podobnym stopniu rozumiałabym cały ten bałkański zapodziany świat, folklor biedy i prawdy, który przemyca Stasiuk, który starają się oddać reportaże serii Sulina wydawnictwa Czarne. Ja swoją pracę magisterską pisałam o rumuńskim filozofie, którego wtedy prawie nikt nie znał. To tam weszłam w rumuński mrok starych podupadłych wiosek, zapomnianych karczm leżących u stóp Karpat, w takt kroków na rumuńskich drogach, po których strach chodzić samemu. Rumunia to mój kraj wybrany, wypatrzony i jednocześnie upragniony raj, który rajem nie jest. Na każdą książkę o niej reaguję gęsią skórką. Tak też zadziało się z Bukaresztem Małgorzaty Rejmer, który zagrzewa swoje własne miejsce na mojej półce już od momentu, gdy tylko został wydany. Bałam się. Przyznam, że bałam się, że mnie zawiedzie, a równocześnie czekałam na odpowiedni moment. Ten? Nie, jeszcze nie ten. Może ten kolejny.

Bukareszt zdarzył mi się w październiku. Teraz. To odpowiedni czas i odpowiednia jesień. Postanowiłam, że tego października będę czytać lektury wyjątkowe. Wyczute, wyselekcjonowane, te, które są ważne, a jeszcze czekają. Bukareszt pochłonęłam w jeden wieczór i jeden ranek. To pozycja równie dobra dla laików, którzy o sytuacji polityczno-społecznej Rumunii wiedzą mało, jak i dla osób bardziej zorientowanych w temacie. Wyraźny, gorzko-słodki obraz drugiego Paryża, jakim zwą Bukareszt, jego wojennych ran i kontrastującego z nimi przepychu doniosłości. Rządów Ceaușescu i milczenia tłumów. Śmierci i niechcianych narodzin. Hord bezpańskich psów. "Na klatkach schodowych można natknąć się na stojące wieko od trumny". To ten czarny rumuński humor. Rubaszny i bałkański. Ten nihilizm wpisany w spojrzenia szklistych oczu. To cała Rumunia, która skupiła się w jednym miejscu tutaj. W Bukareszcie, na którego ławkach przesiadują i gawędzą rumuńskie staruszki, podczas gdy w równoległej rzeczywistości takie same staruszki siedzą i gawędzą w tych wszystkich rumuńskich zapadniętych wsiach. Najpierw wojna, potem Ceaușescu, który zabrania aborcji, by powiększyć społeczeństwo, więc kobiety szukają miliona nielegalnych sposobów. Kaleczą się, umierają. Potem bukareszteńscy Rumuni stojący w długich kolejkach za niczym. Sklepy, w których nic nie można kupić. Głód i strach. Każdy donosi na każdego. Każdy może trafić za kratki. Przy budowie Domu Ludu giną ludzie, a że nie ma czasu wywozić trupów, ciała są zamurowywane i stają się częścią fundamentów pod tę ogromną "piramidę", grobowiec pychy, na którego nawet nikt nie zerka. 


Nie da się Bukaresztu opisać nie wnikając w szczegóły. Nie da się pisać na wstrzymanym oddechu. Wrażenie, jakie zrobił na mnie ten reportaż, jest ogromne. Znałam to wszystko, ale autorka tak płynnie wnika w historię tego miasta, tak trafnie i ujmująco opisuje wydarzenia, detale, nastroje i lęki, że czuję się przygwożdżona tym pokaźnym kawałem wyśmienitej prozy. Rumunia w pigułce, odbita w oczach ludzi, wypowiadana w pociągach, tramwajach, wskazywana placem. Pozazdrościć autorce tak wyjątkowego warsztatu pisarskiego, bo Bukareszt napisany jest szczególnie wybitnie! Pozazdrościć namacalnego kontaktu z tamtym trudnym, niezrozumianym światem. Światem, który spychany jest na margines, szufladkowany, często wyśmiewany i pogardzany. A jednak wiem, że posiada wnętrze, które może fascynować. Skosztujcie tylko.

Bukareszt polecam szczególnie z kubkiem grzanego wina wymieszanego z plastrem soczystej pomarańczy, korzeniem imbiru i goździkami. Idealne na pierwsze oznaki jesiennego przemarznięcia ;) Wiele razy wyobrażam sobie ciemną rumuńską knajpę schowaną gdzieś u stóp Karpat. Zanosi się na burzę. Zza uchylonego okna słychać zawodzenie skrzypiec i szczekanie psów. Kieliszek, w którym stary barman podaje wino, ma kolor ciemnej butelkowej zieleni. W nozdrzach czuję zapach drewna i zgaszonych świec; a także czegoś, czego dawno już nie ma, a co pulsuje w tym dusznym, dawnym powietrzu, w knajpie na końcu świata... To taka migawka, którą widzę za każdym razem, gdy marzę o Rumunii. Jeśli interesuje Was ciekawe spojrzenie na ten (moim zdaniem) niesamowity kraj, "gdzie ludzie wyją na pogrzebach" (ale i grają i piją wódkę), polecam Wam film Gadjo Dilo. Jest w nim pełnia rumuńskiej metafizyki. Dopiero potem warto zerknąć na Transylwanię.


-------------------------------------------------------------- stopka ------------------------------------------------------------------


Bukareszt. Kurz i krew
Małgorzata Rejmer
Wydawnictwo Czarne
Rok wyd. 2013
s. 288
  

Wg mojej skali: 5/5


Książka przeczytana w ramach wyzwań:

Wcześniej na blogu:

      https://1.bp.blogspot.com/-LlOHrlscguE/Wb-E8wubcJI/AAAAAAAAOG8/0Oemzhaa55IqFh-zwo57FjOpimEydhs7ACLcBGAs/s200/img007.jpg  

A w odwiedziny chodzę do:

Wyzwanie czytelnicze 2017

Obsługiwane przez usługę Blogger.