19.09.2016

Zimne ognie


Na początek małe porównanie. Wtajemniczeni najpewniej wiedzą, jak wielką sympatią darzę S. J. Bolton, autorkę serii thrillerów z Lacey Flint. Tym większym rozczarowaniem była dla mnie jej nowsza książka Małe mroczne kłamstwa (o której nawet nie byłam w stanie napisać), pierwsza spoza serii o Lacey. Doszły mnie słuchy, że kolejna (również spoza serii) jest podobnie nieudana. Serię o Lacey, niepokornej policjantce z Londynu, uważam za majstersztyk gatunku, a suspens, jaki charakteryzuje dzieła Bolton jest w moim mniemaniu nie do powtórzenia. Dlatego tym mocniej ubolewam nad pewnym zjawiskiem, które zaobserwowałam także u Simona Becketta. Becketta bardzo cenię za Zapisane w kościach, czy Chemię śmierci książki z serii z kryminologiem-antropologiem, Davidem Hunterem. Jednak już Rany kamieni (spoza serii) okazały się kompletną porażką. O co chodzi? Dlaczego wspomnianym przeze mnie autorom cykle wychodzą tak znakomicie, a odrębne książki ich autorstwa z reguły zawodzą? Czy działa tu znajoma magia serii (zżywamy się z bohaterem, przywykamy do określonej atmosfery), czy może to nieudanie to jakiś zupełny przypadek? A może sam pisarz traci rytm wyłamując się z serii, czuje się zbity z pantałyku, dlatego musi podjąć bardziej wymagającą próbę utrzymania poziomu swoich dzieł i stara się... za bardzo?
  
Akurat w przypadku nowo wydanej książki Becketta nie można mówić o próbie dorównania sobie samemu, ponieważ Zimne ognie nasz autor napisał dużo wcześniej zanim powstała seria z Davidem Hunterem. I może dlatego czytało mi się je jakby nie były książką Becketta! A jednak czy powstała wcześniej, czy też nie, książka w pewnym stopniu powtórzyła schemat "wyłamania się z serii". Jest nie tylko... inna. Jest nie tylko słabsza. Jest zadziwiająco niebeckettowa! Pierwsze, co rzuca się w oczy to wybór bohatera. Otóż Beckett na główną bohaterkę swojego thrillera psychologicznego wybrał... kobietę. A temat, który przewodzi fabule, jest również bardzo... kobiecy.
   
Kate do tej pory nie układało się z mężczyznami, jednak jej pragnienie posiadania dziecka jest tak silne, że decyduje się na szalony krok — postanawia wykorzystać możliwość sztucznego zapłodnienia. W tym celu poszukuje dawcy, który spełniłby jej oczekiwania; nie chce jednak, aby był to ktoś anonimowy. Na ogłoszenie, które Kate zamieszcza w specjalistycznych czasopismach, odpowiada Alex Turner, psycholog kliniczny. Kobieta nie przypuszcza, że połączy ich coś więcej, ale i nie spodziewa się, że znajomość z Alexem może okazać się największym błędem jej życia.

Mój lakoniczny opis fabuły może przywołać Wam na myśl tandetny romans, jednak Beckettowi wcale o romans nie chodziło. Stworzył on mało wymagający, ale w rezultacie dość wciągający thriller psychologiczny, który z jednej strony może się podobać, ale z drugiej — u fanów Becketta, zostawia dziwne poczucie konsternacji. Jestem dość rozchwiana między uznaniem Zimnych ogni jako książki "tego" Simona Becketta a odczuciem, że mogłaby napisać go... kobieta. Nie mogę z tym dojść do ładu. Thriller jest niezły ale od pewnego momentu. Jest trochę przewidywalny ale nie do końca. Beckett wprowadził sporo mało znaczących wątków (napad na starszą sąsiadkę, nieprzyjemności ze strony byłego partnera Kate), które nijak odnosiły się do całej fabuły, a na pewno jej nie wzbogacały. Podobnie jak pewne (drażniące) powtarzane detale, np. wspominanie o częstym rumienieniu się bohaterów.

Styl pisarza również pozostawia wiele do życzenia i staram się przypomnieć sobie, czy podobne zastrzeżenia miałam do jego serii z Davidem Hunterem. Ale przecież nie! Nie mogłam mieć. Czytając ją byłam zachwycona, że znalazłam kolejnego świetnego pisarza. Teraz jestem trochę podłamana. Może i można pogodzić się z tym, że Zimne ognie są dużo słabsze, tylko dlatego, że są wczesnym dziełem Becketta. Jednak po ich przeczytaniu raczej bez entuzjazmu zdecydowałabym się na lekturę pozostałych jego książek. Jeśli Wy czytaliście Zimne ognie, gorąco odsyłam Was po więcej. Jeśli zaś czytaliście to "więcej", to Zimne ognie potraktujcie jako beckettową ciekawostkę. Trochę inną od pozostałych. Rzeczywiście tło psychologiczne jest tutaj silnie podkreślone, a nuta napięcia wdziera się gdzieś w połowie lektury, jednak ogólnie książka jest bardzo nijaka, a końcówka niestety nie zaskakuje. Pociesza mnie jedynie moje własne przekonanie, że Zimne ognie biją na głowę Rany kamieni (teraz zdałam sobie sprawę, że byłam na Becketta za te Rany naprawdę obrażona).


Za możliwość przeczytania książki dziękuję
księgarni internetowej BookMaster:
 
BookMaster
   
Wg mojej skali 3/5 
  
Zimne ognie
Simon Beckett
Wydawnictwo Czarna Owca
Rok wyd. 2016
s. 352
  

Książka przeczytana w ramach wyzwań:
82 KSIĄŻKI
(41)
     

Wcześniej na blogu:

        https://2.bp.blogspot.com/-jolGJEdPCd4/WQBM8AIB3tI/AAAAAAAAN9M/z_jUEEs8J10RE1G6-7c5c_9xipXEhp-1QCLcB/s1600/513626-352x500.jpg

A w odwiedziny chodzę do:

Wyzwanie czytelnicze 2017

Obsługiwane przez usługę Blogger.